Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlam posty z etykietą rower

Oblicza Madagaskaru

Madagaskar - jedno z najbiedniejszych państw na świecie, gdzie głód jest codziennością społeczeństwa, paradoksalnie, bo na wyspie na ogromną skalę wydobywa się szafiry i rubiny oraz produkuje wanilię, ale łatwo domyślić się, że działalność ta jest pod kontrolą mafii. To miejsce, gdzie trzeba mieć dużo czasu i żyć zgodnie z jego rytmem, bo brak perspektyw i życie bliskie poziomu wegetacji powodują, że właściwie nie ma on znaczenia. To właśnie tam Paweł i Magdalena Opaska wybrali się na jedną ze swoich rowerowych podróży, którą opisali w książce „Przez Madagaskar na rowerach… pieszo i taxi-brousse’em”. Czytając,   zastanawiałam się czy podróż na rowerach przez Madagaskar ma sens, bo choć sama uwielbiam ten środek transportu, to miałam wrażenie, że jest to raczej walka z błotem o każdy kilometr, nawet metr drogi. Pod koniec książki autorzy sami przyznają, że zwłaszcza początkujących podróżników, mozół tej podróży może zniechęcać. Zresztą nie czepiajmy się rowerów, również ...

Terenowo

Przyznaję, ostatnio zaniedbałam bloga, ale już szykują się nowe teksty, jeżeli ktoś ma jeszcze ochotę czytać :). Dziś kilka zdjęć z wczorajszego rowerowego wypadu w miejsca trochę nieznane, choć tak bliskie. W Sławsku przeprawiłam się promem przez Wartę i po ok. 2 kilometrach skręciłam w lewo. Tu w Węglewskich Holędrach znajduje się stary, ewangelicko-augsburski cmentarz osadników olęderskich.  Cmentarz na Kaczymce został w 2014 uporządkowany, niestety przyroda znów go pochłania. Stare groby zarastają chwastami i młodymi drzewkami. Cmentarz znajduje się tuż przy drodze, ale zasłaniają go drzewa i krzaki, w ostatniej chwili zauważyłam jeden z nagrobków. Jeżeli ktoś się wybiera, to musi zejść z roweru i wejść do lasu. Po kilkudziesięciu minutach ruszyłam nieznanym mi szlakiem, choć słowo ruszyłam to przesada, bo około trzykilometrowy odcinek przemierzyłam niemal w całości, pchając rower w piasku. Jeszcze nigdy nie byłam tak szczęśliwa, gdy dotarłam do asfaltu. Z ...

Poza czytaniem

Upalny dzień września. Byłam zaskoczona tym pogodowym figlem, bo nie przypuszczałam, że w połowie września można doczekać się jeszcze takich temperatur. Wybrałam się na Złotą Górę w okolicach Konina. W tym roku powstała tam wieża widokowa i wszyscy, którzy tam byli, zachwycali się panoramą. Byłam tam już kilka lat temu, ale bez wieży widoki żadne. Niestety, gdy tylko zjechałam z asfaltowej drogi, utknęłam w piachu i przez ok. 1,5 km pchałam się przez las trochę pod górkę. Tak, miałam już moment słabości i zastanawiałam się czy nie zawrócić, ale pomyślałam: jeszcze tylko ten jeden zakręt i… opłaciło się. Było już lepiej, mogłam jechać na rowerze. Zielony szlak i wszystko byłoby w porządku, gdybym nie wymyśliła sobie, że jednak porzucę wytyczoną trasę i pojadę po swojemu. Niestety zjechałam ze szlaku w złym miejscu i przez kilka kilometrów, trochę z górki pędziłam przed siebie, co przy leśnej, jednak piaszczystej drodze nie było super bezpiecznym pomysłem. Nie sprawdziłam tej drogi na ...

Poza czytaniem

Słów kilka o moim najdłuższym (jednego dnia) wyjeździe, czyli wypadzie do Gołuchowa. Zbierałam się do niego przez kilka tygodni, w końcu zdecydowałam się. Dzień ani gorący, ani zimny, idealny do rowerowego wyjazdu, szkoda tylko, że mocno wiało. Musiałam nadłożyć sporo kilometrów, bo chciałam trzymać się asfaltu, a nie błądzić po nieznanych mi lasach. Za Rychwałem skręciłam na szlak bursztynowy, który prowadzi do Kalisza i trzymałam się go niemal przez połowę trasy. Już w tamtym roku odkryłam, że odbijając kilka kilometrów od głównej drogi, natrafia się na pozostałości budownictwa Olędrów, które zachowane jest  w różnym stopniu. Więcej na ten temat można poczytać na stronie Puszczy Pyzdrskiej . Zniszczony budynek w stylu olęderskim Po kilku kilometrach natrafiłam na roboty drogowe, ale panowie mnie przepuścili, nie musiałam nadkładać 10 kilometrów, ale nic za darmo, dlatego przez 3 km walczyłam z frezowanym asfaltem, co pomimo amortyzatorów przy rowerze, nie było pr...

Poza czytaniem

Gdy kilka lat temu kupiłam rower, nie wiedziałam, że jazda na nim stanie się moją drugą, po czytaniu książek, pasją .   Dziś mam  na liczniku  tysiące    przejechanych kilometrów  i dużo większą wiedzę na ten temat. Mam także coś niezwykłego: przyjemność i radość z kolejnych wyjazdów, planowania tras.  Gdy w lutym tego roku zaczęłam biegać, nie wiedziałam, że bieganie będzie moją trzecią pasją. Po pół roku jestem w stanie przebiec 10 kilometrów i ciągle nie mogę się nadziwić, że tego dokonałam. Ciągle podczytuję artykuły o tym, jak biegać, jak trenować, żeby się rozwijać. Jest jeszcze basen... Chciałabym od czasu do czasu (poza pisaniem o książkach) podzielić się z Wami moimi krótkimi relacjami z wyjazdów i wybiegań, bo trzeba dbać o zdrowie fizyczne, co z wiekiem  coraz bardziej  doceniam. Wiem, że zbliża się jesień, a zimą będzie coraz trudniej wyrwać jakiś moment na rower czy bieganie, ale postanowiłam korzystać z tych prz...

Miłe początki

Niedawno do współpracy zaprosił mnie serwis Peron4 . Pierwszy tekst już opublikowany, a poniżej jego fragment : W Podręczniku przygody rowerowej postacie i obrazy zmieniają się jak w kalejdoskopie, wystarczy przerzucić kilka stron i już można przenieść się z innymi bohaterami na inny kraniec świata. Więcej na  Peron4 .

Makaron w sakwach. Piotr Strzeżysz

Przez dwa lata śledziłam wyprawę Piotra Strzeżysza i innych rowerzystów sztafety „Afryka Nowaka”, którzy śladami Kazimierza Nowaka przemierzali afrykański kontynent i zazdrościłam pomysłu, pasji, kondycji i nawet trudności jakie spotykali na swojej drodze. Właśnie ukazała się najnowsza książka Piotra Strzeżysza Makaron w sakwach, czyli rowerem przez Andy i Kordyliery . Autor pisze o sobie „włóczykij” i jest to określenie bardzo trafne w stosunku do człowieka, dla którego świat nie ma granic, a podróżnikowi wystarczą rower, namiot i sakwy, które wypakowane do granic możliwości pozwalają przetrwać w najcięższych warunkach. Czasem potrzeba zatrzymać się i zregenerować siły, odpocząć pod dachem, ogrzać się, wyspać, ale dla „włóczykija” normalny jest nocleg w namiocie, zmarznięte kończyny, posiłek z podgrzewanego makaronu. Nie traktuję tej książki jako reportażu, raczej jako relację z przejazdu. Pojawiają się ludzie, ciekawe miejsca, ale autor nie skupia się na poznaniu ich tradycji, ...